Dogmat o Trójcy Świętej jest jednym z charakterystycznych chrześcijańskich wierzeń. Jedyną choć odrobinę zbliżoną do niej teologią jest hinduska Trimurti, a i w tym wypadku jest to podobieństwo jedynie zewnętrzne, cechujące się inną wewnętrzną logiką i wynikające z innych przyczyn. Wbrew rozmaitym zarzutom jest też tworem czysto chrześcijańskim, stworzonym na bazie wewnętrznej spekulacji teologicznej, a nie wzorów zewnętrznych, jak się jej czasami zarzuca.

Doktryna niespójna – czyli tajemnica.

Trójca jest doktryną wewnętrznie sprzeczną – co zupełnie świadomie potwierdzają jej wyznawcy. Uznaje ona istnienie jednego Boga, a jednocześnie trzech tak zwanych „osób boskich”: Ojca, Syna i Ducha Świętego. Osoby różnią się od siebie relacją, ale nie naturą: Ojciec jest Bogiem, Syn jest Bogiem i Duch jest Bogiem – ale Ojciec nie jest Synem, Syn nie jest Ojcem, Duch nie jest żadnym z nich 1Dobre zwarte wytłumaczenie historii dogmatu zob. H. Pietras, Początki teologii Kościoła, Kraków 2007, s. 160-225  . A mimo tego Bóg jest jeden. Jawna wewnętrzna sprzeczność.

Jedną z najwcześniejszych prób zdefiniowania Trójcy zamieścił Tertulian w apologii Przeciw Prakseaszowi, gdzie opisał ją następująco: „…należy wiernie strzec tajemnicy ekonomii rozkładającej ową jedność na trójcę: Ojca, Syna i Ducha; trzech jednak nie co do stanu, ale co do stopnia, nie pod względem substancji, a pod względem formy, nie co do mocy, lecz co do postaci. Są zatem jednej substancji, jednego stanu i jednej mocy, ponieważ jest jeden Bóg, owe zaś stopnie, formy i postaci rozróżniamy pod imionami Ojca, Syna i Ducha Świętego2Tertulian, Przeciw Prakseaszowi, 2,4 , w: Trójca Święta, pod red. H. Pietras, Źródła Myśli Teologicznej t. 4, Kraków 1997 Taka wczesna teologia, połączona jeszcze ze stoicką metafizyką Tertuliana, sprawiała jeszcze liczne problemy i musiała doczekać się większej precyzacji .

Ponieważ nie może zostać rozumowo wyjaśniona, ta doktryna należy do „tajemnic wiary” – łącznie z unią hipostatyczną, teodyceą oraz kilkoma innymi naukami – co oznacza, że z założenia nie sposób jej w pełni pojąć. Opisuje rzeczywistość zbyt skomplikowaną, aby człowiek przyrodzonymi siłami umysłowymi mógł ją objąć, i nasze próby zrozumienia jej, wpisania w jakiś spójny logiczny system, z natury rzeczy muszą zawieść.

W odpowiedzi na tego typu próby, oraz również na stawiane jej zarzuty, powstała słynna anegdota o teologu przechadzającym się brzegiem morza. Pierwsza wzmianka pojawia się w XIII wieku jako exemplum, a więc powiastka kaznodziejska, u cystersa Cezarego de Heisterbach 3Kazimierz Ożóg, Spotkanie nad morzem: Początki i rozkwit legendy o św. Augustynie w sztuce europejskiej, Studia Teologiczno-Historyczne Śląska Opolskiego nr 34, 2014 – w tej wersji teolog ten jest jeszcze anonimowy. Dopiero z czasem historyjka ta została przypisana św. Augustynowi 4zob. H. Marrou, Saint Augustin et l’ange. Une légende médievale, w: L’homme devant Dieu. Mélanges offerts au Père Henri de Lubac, t.II Paris 1963, s. 137-149 oraz A.K. de Meijer, Saint Augustine and the Conversation with the Child on the Shore: The History behind the Legend, Augustinian Heritage nr 39, 1993, s. 21-34. Ów mędrzec przechadzając się po brzegu morza próbował zrozumieć Trójcę Świętą – napotkane dziecko zaś czerpało wodę z morza i przelewało ją do małej dziury w piasku. Według jednej wersji teolog sam z siebie zrozumiał, a według innej usłyszał od samego dziecka, że prędzej jemu uda się przelać morze do kałuży niż człowiekowi pojąć tajemnicę Trójcy.

Mimo podobnych ostrzeżeń, i miru boskiego sekretu, ludzie nadal szukają odpowiedzi. Sam Augustyn zgłębiał temat w swoim De Trinitate, toteż najwyraźniej się nie poddawał, a utworów o takim tytule czy tematyce było we wczesnym chrześcijaństwie bardzo wiele. Próby rozwiązywania czy tylko wytłumaczenia Trójcy były rozmaite, prowadziły do sporów, kontrowersji, dyskusji soborowych, licznych anatem, wyklinania się nawzajem oraz przemocy. Również współcześnie dogmat Trójcy jest źródłem kontrowersji, nawet jeśli temperatura sporów czysto teologicznych wyraźnie opadła.

W poniższym artykule nie chcę mówić o historii formowania się samego dogmatu – była ona długa, wyboista i w żadnym wypadku w ramach pojedynczego artykułu nie udałoby mi się jej godziwie streścić. Chcę natomiast nakreślić, jakie twierdzenia i przekonania sprawiły, że w końcu dogmat Trójcy powstał – jakie były jego teologiczne przyczyny. Chcę też wskazać na sensowny powód, dla którego stworzono ten dogmat, ponieważ wierzę, że miało to sens.

Trzej – czy Dwaj?

Przede wszystkim trzeba zdawać sobie sprawę, że główne spory w chrześcijańskiej teologii, które uformowały ten dogmat, nie dotyczyły początkowo żadnej Trójcy. Tematem kontrowersji była natomiast natura Syna Bożego – wcielonego w człowieku, Jezusie z Nazaretu – i relacja tegoż Syna wobec Ojca, czyli samej boskiej zasady.

Ta kwestia została „ustalona” (jak dumnie głosi historia Kościoła) na soborze w Nicei w 325 roku n.e., kiedy to w wyznaniu wiary 318 Ojców znalazła się znana do dziś formuła „współistotny Ojcu”, homoousion too patri, która określała boską naturę Syna Bożego. Wyklęto też tych, którzy twierdzili, że „był kiedyś czas, kiedy go nie było” lub „zanim się narodził (jako człowiek) nie był” lub „stał się z niczego” – czyli zwolenników herezjarchy Ariusza.

Co ciekawe – poza tym słowem homousios i jednym akapitem na anatemy nie poświęcono temu tematowi więcej miejsca w aktach soborowych: nie spisano dodatkowego dokumentu, żadnej bardziej obszernej formuły. Natura Syna została określona literalnie w czterech linijkach tekstu. Pozostałe kanony soborowe poruszały tematy raczej mało znaczące, dyscyplinarne, np. przeciwko ludziom pozbawiającym się męskości albo ile osób powinno konsekrować biskupa 5zob. Dokumenty Soborów Powszechnych t. I, pod red. ks. ks. A. Baron i H. Pietras, Kraków 2007. Rzecz jasna, w kościołach lokalnych konsekwencjami tych postanowień zajęli się biskupi, którzy odtąd mieli nauczać o Synu Bożym tak, jak nakazywał sobór. Mimo że kontrowersja ariańska trwała jeszcze długo, ostatecznie „arianizm pod koniec IV wieku stracił to autentyczne poparcie, jakie miał w Kościołach (…) oponenci arianizmu przekonali ludzi do swoich racji6E. Wipszycka, Kościół w świecie późnego antyku, Warszawa 2006, s. 182, tam też znaleźć można wyczerpujący wykład nt. burzliwych dziejów sporów chrystologicznych.

Ostatnia osoba (jak względnie późno zaczęto mówić) Trójcy, czyli Duch Święty, w zasadzie przez większość czasu „stał z boku” i aż do mniej więcej połowy IV wieku n.e. nie był tematem podobnych dyskusji. Boska natura Ducha i jego relacja wobec Ojca i Syna zaczęły być tematem szerszych dyskusji dopiero po ustaleniach soboru w Nicei. Wówczas dopiero rozpoczął się spór (przede wszystkim Atanazego, biskupa Aleksandrii) z tzw. duchoborcami, inaczej pneumatomachami („walczącymi z Duchem”), macedonianami, semiarianami oraz tropikami – to wszystko określenia mniej więcej tych samych ludzi – zakończony ich potępieniem na soborze w Konstantynopolu w 381 roku, który potwierdził boską naturę Ducha. Można odnieść wrażenie, że Duch został włączony do Trójcy niejako rykoszetem, na fali wyznania nicejskiego. Gdyby nie problem pneumatomachów i wymagane przez to precyzacje, być może większość chrześcijan wierzyłaby dziś w Dwójcę Świętą?

Wcześniej – długie lata wcześniej, bo praktycznie od końca I wieku – uwaga skupiona była natomiast na Synu Bożym. To jego naturę rozważano i jego stosunek do bóstwa, poczynając od chrystologii angelomorficznych z Wniebowzięcia Izajasza czy judeochrześcijański adopcjonizm, i wiele innych różnorodnych doktryn. Trudno zresztą się dziwić: w centrum religii chrześcijańskiej zawsze była przede wszystkim postać jej założyciela.

Z tego powodu w poniższych rozważaniach zajmę się przede wszystkim dynamiką Ojca i Syna. Czytelnik winien mieć świadomość, że osoba Ducha cieszyła się mniejszym zainteresowaniem, ale przyczyny dołączenia jej do Trójcy były bardzo podobne do tych, które kierowały ubóstwieniem Syna.

Skąd Trójca?

Źródłem doktryny niespójnej logicznie, której nigdy nie udało się ostatecznie spoić, jest fundamentalna niespójność założeń, na których się ona opiera.  W tym ujęciu termin „niespójność” nie powinien nikogo razić – Kościół w zasadzie od początku godził się z tym, że ten dogmat wykracza poza normalne ludzkie rozumienie, i jego niezgodność z rozumem była poczytywana również jako znak jej boskiego pochodzenia.

Można zadać pytanie: czy nie istniała jakiś logiczny, sensowny sposób wyjaśnienia natury Syna Bożego czy całej Trójcy? Taki, który Kościół mógłby przejąć i się nie martwić, że naucza rzeczy nielogicznych?

Istniał. I to niejeden. W teologii chrześcijańskiej znaleźć można kilka prób tłumaczenia usuwającego wszelkie wątpliwości: próby te dawały w efekcie doktryny sensowne i spójne logicznie. Wszystkie zostały w końcu odrzucone, a w zamian wybrano taką, która nie tylko jest niespójna wewnętrznie, ale jeszcze sprawia problemy podczas ewangelizacji, brzmi niejasno i nieprawdopodobnie, i w ogóle trudno sobie takiego Boga jakkolwiek wyobrazić. Skoro tak, to można zapytać: czemu odrzucono interpretacje, które działały, na rzecz takiej, która wprowadza tylko zamęt w głowach wiernych? Wydaje się to nierozsądne – teologia prostsza i łatwiejsza do nauczania wydaje się być bardziej pożądana, „bardziej skuteczna”…

Jeśli przystąpić do analizy fundamentów, na których budowano wczesnochrześcijańską chrystologię (i później również pneumatologię), i ostatecznie zbudowano dogmat Trójcy, okaże się, że te spójne logiczne systemy, które Kościół mógłby teoretycznie zastosować, kosztowałyby zbyt wiele. Aby to pokazać, przystąpmy do takiej właśnie analizy. Na początku pokażę trzy twierdzenia fundamentalne, co do których sądzę, że leżą u podstaw nauki o naturze Syna Bożego, a tym samym – Trójcy Świętej:

Twierdzenie 1: Jest jeden Bóg.

Tę teologiczną tezę chrześcijaństwo odziedziczyło po judaizmie. Nie ma tu zaskoczenia. Bóg Izraela, stwórca świata, był jeden, echad, i z tym nie sposób było polemizować. Był to bardzo istotny element tożsamości dla chrześcijan, odróżniających się od bałwochwalców i politeistów wśród pogan.

Twierdzenie 2: Syn Boży jest Słowem, Mądrością i Mocą samego Boga.

Podstawą do takiego twierdzenia są takie wersety biblijne jak Jana 1:1 „Na początku był Logos (Słowo / Rozum), i Logos był u Boga, i Logos był Bogiem”; 1 Koryntian 1:24, gdzie Chrystus jest nazwany „…mocą Bożą i mądrością Bożą”. Również ks. Przysłów 8,22-23 mówi o Mądrości Bożej: „Pan mnie stworzył, swe arcydzieło, jako początek swej mocy, od dawna, od wieków jestem stworzona, od początku, nim ziemia powstała” i dalej 27-28 „27 Gdy niebo umacniał, z Nim byłam, gdy kreślił sklepienie nad bezmiarem wód, gdy w górze utwierdzał obłoki, gdy źródła wielkiej otchłani umacniał”. Jako dalsze potwierdzenia tego twierdzenia używano również Psalmu 44, 2 „Z mego serca tryska piękne słowo”, zestawiając je z Psalmem 2,7 „Tyś synem moim, ja ciebie dziś zrodziłem7zob. Tertulian, Przeciw Prakseaszowi, np. VII, 2-3 lub XI, 2-3 .

Wśród pisarzy wczesnochrześcijańskich utożsamienie Jezusa z Mądrością Bożą opisywaną w księgach Przysłów czy Mądrości było powszechne (jedynie Ireneusz i Teofil z Antiochii utożsamiali Mądrość z Duchem Świętym). Szły za tym bardzo poważne następstwa dla ontologii samego Boga: jeśli Syn jest Mądrością Boga, to Bóg musiał zawsze mieć swoją Mądrość przy sobie, inaczej byłby głupcem. Tak samo: Logos Boży, rozumiany również jako Rozum, musiał istnieć zawsze i mieć przez to boskie cechy, ponieważ bez niego Bóg byłby bezrozumny – a to byłoby jawne bluźnierstwo. To twierdzenie zatem otwiera drogę do przyjęcia przez Syna boskiej natury: wiecznej, bezcielesnej i wszechmocnej.

Przykład takiego rozumowania spotkać może właśnie u Tertuliana, znów w Przeciw Prakseaszowi V, 2 i nast.: „Zanim bowiem wszystko powstało Bóg był sam (…) jednak nawet wtedy nie był całkowicie sam; był z nim bowiem Rozum, który miał w sobie samym, oczywiście swój własny. Bóg jest bowiem rozumny i Rozum był w nim najpierw (…) Grecy nazywają go Logos, który to termin oznacza u nas [tj. łacinników] również „słowo” (sermo), dlatego przyzwyczajono się już u nas mówić (…) iż na początku Słowo było u Boga, gdy stosowniej byłoby raczej rzec, iż dawniejszy jest Rozum, ponieważ Bóg był nie tyle władający mową na początku, co rozumny jeszcze przed początkiem…”.

Twierdzenie 3: Syn Boży jest odrębny od Ojca.

To twierdzenie oznacza, że można mówić o Synu, że jest odróżnialny od Ojca. Syn jest „czymś” konkretnym, i ma swój własny byt. Jeśli na przykład Pismo Święte mówi, że Syn Boży coś robi, wobec czy w odróżnieniu od Ojca, to jest to prawdziwe stwierdzenie. Dzięki temu istnienie Syna (i Ducha) nie jest iluzją.

To założenie bardzo ważne, nawet jeśli nieco podchwytliwe. Oznacza ono, że chrześcijańscy pisarze brali na poważnie słowa ksiąg natchnionych, w których istniało rozróżnienie między Ojcem a Synem. Na przykład Ewangelia Jana 20,17b „Wstępuję do Ojca mego i Ojca waszego oraz do Boga mego i Boga waszego” lub 20,21 „Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam” – gdzie te rozróżnienia są widoczne i jasne. Jest to również konieczny warunek, aby móc poważnie traktować liczne modlitwy Jezusa – aby uniknąć absurdalnej sytuacji, w której modliłby się on sam do siebie.

Problemy i sposoby rozwiązania.

Trzy powyższe stwierdzenia zostały po prostu przyjęte. Każde z nich wypływało z tradycji i treści ksiąg natchnionych, które chrześcijaństwo II- i III-wieczne uważało za autorytatywne. Na każde można było łatwo znaleźć biblijne poparcie. Niekoniecznie oznacza to, że przyjmowali je zupełnie wszyscy chrześcijanie (bo tak nie było) – jednak poglądy te były wystarczająco rozpowszechnione, aby oddziaływać na wyobrażenia religijne krytycznej masy ówczesnych wyznawców 8Możemy się zastanawiać, jak wyglądałoby chrześcijaństwo bez Janowej spekulacji o Logosie – ona bowiem wydaje się języczkiem u wagi przy forsowaniu Twierdzenia nr 2 .

Problem rozpoczynał się dopiero wtedy, kiedy ktoś zaczynał „drążyć temat” i starał się rozwiać wątpliwości dotyczące różnych aspektów boskiej natury. Teologowie formułowali wówczas hipotezy mające daleko idące teologicznie konsekwencje. Wówczas wychodziło dopiero na jaw, jak bardzo powyższe trzy twierdzenia są ze sobą z natury niespójne. Ta logiczna inkoherencja leżała u samych podstaw chrześcijańskich wyobrażeń o Synu Bożym. Ponieważ teologowie starali się unikać niespójności, musieli jednocześnie ograniczyć czy zupełnie odrzucić któreś z powyższych twierdzeń, albo je z gruntu przeformułować. Różne osoby postulowały zatem różne rozwiązania.

W wypadku zignorowania twierdzenia nr 1, a przyjęcia twierdzeń nr 2 i nr 3, efektem będzie dyo– lub tryteizm. Syn Boży posiada wówczas boską naturę i jest odrębny od Ojca: jest dwóch bogów. Uwzględniając Ducha, byłoby trzech. Współcześnie taką wizję uznają mormoni. W starożytności o poglądy tryteistyczne oskarżany był Jan Filopon żyjący w VI wieku. W czasach bliższych początkom chrześcijaństwa takie poglądy nie zachowały się: autorytet jedyności Boga był zbyt wielki.

W wypadku zignorowania twierdzenia nr 2, a przyjęcia twierdzeń nr 1 i nr 3, powstanie forma subordynacjonizmu, tj. poglądu uznającego zasadniczą niższość Syna Bożego wobec Ojca. W takim ujęciu Syn jest odrębny od Ojca, który rzeczywiście jest jedynym, najwyższym Bogiem – Syn zaś jest niższą zasadą, archaniołem czy duchem. W ujęciu Ariusza można było nazywać go bogiem, lecz tylko takim z małej litery: bytem zależnym, stworzonym z nicości tak jak inne byty, na samym początku czasu (w „dniu jeden”). Takie ujęcie odpowiada również teologii judeochrześcijan – ebionitów, uznających Jezusa za człowieka-proroka, któremu jedynie towarzyszył anioł, albo teologii Pawła z Samosat, biskupa Antiochii wygnanego za poglądy sprowadzające Jezusa do roli człowieka. Współcześnie radykalny subordynacjonizm odpowiada poglądom np. Świadków Jehowy.

W wypadku zignorowania twierdzenia nr 3, a przyjęcia twierdzeń nr 1 i nr 2, powstaje system modalistyczny, tj. teologia, w której jest jeden Bóg, a Syn Boży jest jedynie jego aspektem – nie ma tak naprawdę odrębnego bytu, jest jakąś postacią, „formą” czy „maską” jedynego Boga. W takim ujęciu pojawiają się głębokie trudności z wyjaśnieniem właśnie Jezusowej modlitwy czy Jezusowych słów o byciu posłanym przez Ojca, czy o swoim powrocie do Niego. Wszystko to wydaje się albo po prostu kłamstwem, albo daleko idącym kosmicznym oszustwem, wielką iluzją w której Bóg gra jak aktor i przyjmuje różne role, ale żadna z nich nie jest prawdziwa. Wyznawcy tej teologii byli nazywani też sabelianami (od Sabeliusza, który propagował tę naukę) lub patrypasjonistami, od cierpiącego Ojca, ponieważ to rozumowanie prowadziło do wniosku, że to Ojciec cierpiał i umarł na krzyżu, tyle że w postaci Syna.

Tryteizm w oczach Kościoła odpadał z definicji, jako złamanie odziedziczonego po objawieniu Starego Testamentu monoteizmu. Modalizm był w różnych formach aktywny i zwalczany w II wieku: modalistyczną teologię przypisywał Ireneusz arcyheretykowi Szymonowi Magowi (raczej niesłusznie), który miał utożsamiać samego siebie z całą Trójcą: Ten człowiek więc wychwalany był przez wielu jakby był bogiem: i uczył, że jest on tym, który pojawił się wśród Żydów jako Syn, ale zstąpił w Samarii (czyli będąc Szymonem) jako Ojciec, podczas gdy do innych narodów [zstąpił] pod postacią Ducha Świętego 9Ireneusz, Adversus haereses, I, 23, 1, tłum. własne. Z patrypasjonistą Prakseaszem toczył polemikę Tertulian, pisząc o nim: W ten sposób Prakseasz wykonał w Rzymie dwa diabelskie przedsięwzięcia: wypędził proroctwo [chodzi o pismo przeciwko montanistom skierowane do biskupa Rzymu] i ukrzyżował Ojca 10Tertulian, Przeciw Prakseaszowi, I, 5 . To przeciw poglądom trzeciowiecznego Sabeliusza w Aleksandrii sformułował swoją naukę Ariusz – czym otworzył kolejny etap kontrowersji. W pewnym sensie więc arianizm, daleko posunięta forma subordynacjonizmu, był reakcją na modalizm i jego wytłumaczenie Trójcy. Sam natomiast rozpętał kontrowersję nieporównywalną z żadną poprzednią, która mimo rozstrzygnięć nicejskich wypełniła cały IV wiek n.e.

Kompromis mimo niespójności.

Każdy z tych systemów został w końcu odrzucony przez Kościół. Czemu? Mając na uwadze te trzy fundamentalne stwierdzenia łatwo to wytłumaczyć: każdy gubił coś istotnego z treści objawienia. Żeby zachować logiczną spójność każde z tłumaczeń w sposób nieunikniony musiało coś odrzucić albo przynajmniej pominąć którąś z kluczowych popularnych doktryn chrześcijańskich. I dlatego każde zawiodło.

Intencją ludzi Kościoła pracujących przez całe dziesięciolecia nad określeniem natury Syna Bożego, i w konsekwencji doktryną Trójcy, było natomiast zachowanie każdego z tych twierdzeń bez naruszenia go. Bóg chrześcijański musi być jeden, ponieważ tak mówi objawienie Tory. Syn Boży musi być boskim Słowem-Rozumem-Mądrością, bo tak mówi Ewangelia Jana – i nie jest to tylko prosty tytuł, jaki Bóg nadał jakiemuś stworzeniu, tylko literalnie rozumiany Rozum Boga. Jednocześnie też Syn Boży musi być odrębny od Ojca, inaczej liczne jego słowa czy gesty byłyby pozbawione sensu.

Te trzy zdania „po ludzku” są ze sobą fundamentalnie sprzeczne. Ich pogodzenie nie jest możliwe w ramach normalnej logiki: gdy przyjmiesz dwa z nich, naturalnie wykluczają one trzecie. Dla ludzi Kościoła jednak jest to niedopuszczalne: każde z tych zdań zostało dane do wierzenia i naturalnie wypływa z objawienia. Jeśli objawienie jest wewnętrznie sprzeczne: niech i tak będzie! Jeśli jest prawdą – tj. jeśli chrześcijanie wierzyli, że jest prawdą – to trzeba było je uznawać, nawet kosztem niespójności.

W tym właśnie upatruję początku doktryny Trójcy. Moim zdaniem jest to próba zachowania pełni tradycji chrześcijańskiej bez odrzucania żadnego z jej aspektów. Jest też kapitulacją rozumu wobec niespójnych ale wiążących prawd. Teologowie, których nauki odrzucono, dążyli do wyjaśnień zrozumiałych i logicznych – teologowie uznani za ortodoksyjnych starali się przynajmniej (bo nie zawsze im się to udawało) zachowywać w mocy całe chrześcijańskie dziedzictwo.

Oczywiście, z czysto historycznego punktu widzenia niespójności między tymi fundamentalnymi twierdzeniami wypływały z różnych poglądów autorów biblijnych – z różnych chrystologii, które tradycja chrześcijańska starała się następnie godzić. Jest to jednak temat wykraczający poza zagadnienie Trójcy – kwestia mnogości poglądów w ramach samej Biblii i mitu „jednej czystej pierwotnej wiary”, którym przyjdzie nam się zająć w przyszłości.

Przypisy   [ + ]

1.Dobre zwarte wytłumaczenie historii dogmatu zob. H. Pietras, Początki teologii Kościoła, Kraków 2007, s. 160-225
2.Tertulian, Przeciw Prakseaszowi, 2,4 , w: Trójca Święta, pod red. H. Pietras, Źródła Myśli Teologicznej t. 4, Kraków 1997
3.Kazimierz Ożóg, Spotkanie nad morzem: Początki i rozkwit legendy o św. Augustynie w sztuce europejskiej, Studia Teologiczno-Historyczne Śląska Opolskiego nr 34, 2014
4.zob. H. Marrou, Saint Augustin et l’ange. Une légende médievale, w: L’homme devant Dieu. Mélanges offerts au Père Henri de Lubac, t.II Paris 1963, s. 137-149 oraz A.K. de Meijer, Saint Augustine and the Conversation with the Child on the Shore: The History behind the Legend, Augustinian Heritage nr 39, 1993, s. 21-34
5.zob. Dokumenty Soborów Powszechnych t. I, pod red. ks. ks. A. Baron i H. Pietras, Kraków 2007
6.E. Wipszycka, Kościół w świecie późnego antyku, Warszawa 2006, s. 182, tam też znaleźć można wyczerpujący wykład nt. burzliwych dziejów sporów chrystologicznych
7.zob. Tertulian, Przeciw Prakseaszowi, np. VII, 2-3 lub XI, 2-3
8.Możemy się zastanawiać, jak wyglądałoby chrześcijaństwo bez Janowej spekulacji o Logosie – ona bowiem wydaje się języczkiem u wagi przy forsowaniu Twierdzenia nr 2
9.Ireneusz, Adversus haereses, I, 23, 1, tłum. własne
10.Tertulian, Przeciw Prakseaszowi, I, 5
Polecamy
Starożytna historia pełna jest fantastycznych i nieprawdopodobnych z historycznego punktu…